„Jeszcze dzień życia” seans z cyklu Kultura Dostępna 21.02.2019

0
407

Te dwa tytuły pojawiły się w polskich kinach niemal równocześnie: „Jeszcze dzień życia” oraz „53 wojny”. Dwa spojrzenia na wojnę i reporterów wojennych, dwie perspektywy – męska i kobieca, ale także dwie formy kina – animacja i fabuła. O ile w filmie Ewy Bukowskiej bohaterką była żona reportera wojennego uwięziona w kokonie strachu o życie męża, o tyle w wielokrotnie nagradzanej, polsko-hiszpańsko-niemieckiej animacji, jesteśmy w środku cyklonu działań wojennych.

Animacja pod tym względem może więcej. Jednak praca nad nią jest trudniejsza, bardziej czasochłonna (prace nad „Jeszcze dniem życia” trwały aż osiem lat). Granicą jest jedynie wyobraźnia twórców. To ona wyznacza horyzont. Poza tym, wszystkie chwyty dozwolone, wszystkie obrazy są dozwolone. Piszę o tym dlatego, że w filmie polskiego reżysera Damiana Nenowa oraz Hiszpana, Raúla de la Fuente, autora znakomitych dokumentów – „Minerita” i „Na krawędzi”, uderza właśnie powściągliwość w serwowaniu widzom scen grozy, przemocy, okrucieństwa.

„Jeszcze dzień życia” opowiada o wojnie, ale opowiada również o człowieku. Przede wszystkim o człowieku. Znamy dobrze tę postać, to jeden z najznamienitszych reporterów na świecie – Ryszard Kapuściński, autor „Cesarza” i „Szachinszacha”.

Kapuściński przemawiający do nas głosem Marcina Dorocińskiego wyjeżdża na jedną ze swoich najważniejszych wypraw. Jest 1975 rok, reporter pojawia się w Angoli, gdzie trwa krwawa wojna domowa. Proces walki o władzę przyśpieszyła mająca miejsce w 1974 roku rewolucja goździków w Portugalii która rozpoczęła dekolonizację.

„Ryszard” bardzo intensywnie wchodzi w relacje z uczestnikami rebelii, przeżywa ich odejścia, jest brutalnie szczery, niekiedy działa w sposób kontrowersyjny. Działa, obserwuje, nie umywa rąk, bierze udział nawet w akcjach, które dla niego samego są zagrożeniem życia.

Dzisiaj, kiedy wojny hybrydowe wyglądają zupełnie inaczej i kompletnie inny jest ich przebieg, ale zdjęcia ofiar z Syrii, Jemenu i innych części świata, prześladują nas wciąż, nie tylko nocami, „Jeszcze jeden dzień” robi wrażenie powrotu do rzeczywistości, która tylko pozornie wydaje się prostsza do zamknięcia w opisie, nie wymyka się aż tak bardzo spod kontroli.

Film jest bowiem nade wszystko opowieścią o pasji reportera, ale i o jego postawie. I, co może najistotniejsze, chodzi o relację czysto ludzką, humanistyczną. Zapis reportera wojennego przetrwa, a zrelacjonowany przezeń obraz świata oglądamy jego oczami. To wielka odpowiedzialność.

Łukasz Maciejewski

Reklama