KIRGISTANY 2015 czyli, bliżej, dalej, byle na wschód cz.15

0
164

Dzień 15, 18 sierpnia 2015 wtorek, temp. nocna 8 stopni.

Rano, budzi mnie słońce, bardzo szybko nagrzewa powietrze i robi się cieplutko. 

Image

Na śniadanie zjadam bułeczkę popijając jogurtem. Banan rozkłada swoja kuchenkę, żeby przygotować konkretne śniadanko, a Sylwek … zaraz, zaraz … gdzie jest Sylwek ?
Namiot jest pusty, a Sylwka nie ma. Kiedy my kończymy śniadanie, gdzieś pomiędzy górkami pojawia się nasz zaginiony kolega. Okazało się, że wstał przed wschodem słońca i poszedł w góry na sesję fotograficzną, bo góry to jego pasja.
Powoli zbieramy się i lecimy dalej w kierunku Osz.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Kto i jak prowadził nasze drogi ? Nie wiem. Faktem jest, że dzień był niesamowity.
Góry, góry, góry … cały dzień góry. Zjazdy, podjazdy, serpentyny i tak przez 250 km.

Image

Image

Image

Dla mnie, jest to najlepsze zdjęcie zrobione na tej wyprawie. Ale, kto jest jego autorem ?

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Gdzieś wysoko w górach, wlewamy do zbiorników wszystkie nasze rezerwy, jeżeli skończy nam się paliwo, to utkniemy tu na dłużej. Jedziemy, może nie będzie tak żle.

Image

Banan pojechał przodem, ja powoli jadę za nim, a Sylwek został na przełęczy fotografować widoki, bo góry to jego pasja przecież.
W pewnym miejscu, tuż przy drodze pasie się kilka koni. Zatrzymuje się, żeby je sfotografować i z góry po drugiej stronie drogi słyszę „ Hej ty, kto ty ?” „ Ja Polak ‘’ „ To chodz do nas ‘’ 
Droga na stoku góry, z jednej strony stroma skarpa w dół, z drugiej strony skarpa w górę. Gdzieś na skrawku płaskiego terenu z pięć metrów nad drogą stoi namiot i kilka budek. Wąska ścieżynka prowadzi do góry, więc się wdrapuję. 
W namiocie na zboczu mieszka małżeństwo z dwójką dzieci i babcią, a w górach wypasaja konie, które fotografowałem.
Rozmawiamy trochę o Polsce, o ich życiu. Częstują mnie kymysem, którego tak nie cierpię, ale nie mam wyjścia, nie wypada odmówić i trzeba pić.
Dziękuję, żegnam się i lecę gonić chłopaków, bo w międzyczasie Sylwek również znalazł się z przodu.
Jak opisać to co wtedy czuliśmy, stan ciała, ducha, emocje jakie nami targały wśród tych gór wysokich, przełęczy i dolin. Radość, uniesienie, euforia, szczęście przepełnia nas i nasze motory na wskroś. A najbardziej wniebowzięty jest oczywiście Sylwek.

Image

Image

Image

Image

Image

Powoli opuszczamy wysokie góry, zjeżdżając coraz niżej i niżej.

Image

Image

W pierwszej wiosce pytamy tubylców stację benzynową. Mówią nam, że stacji nie ma a benzyna jest tam, gdzie tablica z A80. 

Image

Zatrzymujemy się przy tej reklamie. Okazuje się, że obok jest również sklepik w którym obsługuje młoda dziewczyna. W sklepie kupujemy co nieco, a potem idziemy na podwórko, gdzie stoją plastikowe butle napełnione benzyną. 
Mówię, że chcę 5 l. dziewczyna podaje mi butlę, ale na oko widzę, że może tam być maksymalnie 3 l. Mówię, że to nie jest 5 l, ona twierdzi, że to jest 5 l.
Banan mówi jej, że na bańce jest napisane 3 l, a ona nadal twierdzi, że to jest 5 l.
Cwaniara, ale nie z nami takie numery, Bru… 
Dobra, w takim razie, wybieramy litrowe butelki i po kolei wlewamy do kanistrów.
Benzyna kosztowała 80 somów za litr.
W czasie zakupów i tankowania, Banan nawiązuje kontakt z podpitym tubylcem. Z tego, co ja wiem, to mieliśmy zaproszenie do złożenia wizyty i propozycja podziału Ukrainy.
Nie skorzystaliśmy i tym razem nie żałuję.

Image

Image

Image

Okazało się, że miejscowi wprowadzili nas w błąd, bo dosłownie za kilka kilometrów przy drodze była stacja benzynowa.
Lecimy. W Dzalalabad uzupełniamy nasze zapasy paliwa, w sklepie kupujemy napoje, owoce, jogurt, bułeczki, gorzałkę i coś jeszcze.

Image

Do Osz, już raczej nie dotrzemy, jest póżno, robi się ciemno, więc na szybko szukamy miejsca pod namioty.
Nie zawsze szybko, znaczy dobrze, dlatego lądujemy w najgorszym miejscu (jak do tej pory) na naszej wyprawie.

Dystans 273 km
Temp. 33 stopnie

Reklama