KIRGISTANY 2015 czyli, bliżej, dalej, byle na wschód cz.18

0
332

Dzień 18, 21 sierpnia 2015 piątek. Wyspani i wypoczęci, wstajemy o 7 rano.

Image

Oglądamy i fotografujemy podwórko i rozmawiamy z gospodarzem.
Życie na wysokości ponad 3000m npm. Nie jest łatwe. Praktycznie rośnie tu tylko trawa, dlatego zajmują się hodowlą krów, owiec i kóz. Ciężka i mroźna zima trwa 9 miesięcy, a jedynym opałem jest brykiet z wysuszonych odchodów zwierząt.
Dodatkowe dochody daje im turystyka, bo ruch turystyczny, jak sami mówią, jest u nich dosyć duży.

Image
Image

Na śniadanie dostajemy; jajecznicę, chleb, masło, dżem, herbatę i świeżutki mleko.

Image

Żegnamy się z gospodarzami i lecimy w kierunku Osz, robimy więc tą samą drogę, ale w drugą stronę.

Image
Image
Image

Około 20 km przed Osz, wyprzedzamy dosyć wolno jadącego faceta, na Suzuki, jednak kilka kilometrów dalej, to on nas wyprzedza, bo my nadziewamy się na suszarkę. Policjant mówi, że ja mogę jechać dalej, bo jechałem prawidłowo, ale my mamy zasadę „ Jeden za wszystkich … „ więc zostaję.
Banan idzie na pogawędkę z policjantem i po pewnym czasie wraca zadowolony i w dobrym humorze.
Incydent kosztuje nas całe 10 $.

Image

Wjeżdżamy do Osz. Ruch na ulicach olbrzymi, powolutku przesuwamy się od świateł do świateł.
W pewnym miejscu, stojąca na chodniku grupa mężczyzn, wymachuje do nas i woła, że nasz biker ma problem. Zjeżdżamy w malutką, zadrzewioną, osiedlową uliczkę, żeby schować się przed słońcem, bo jest cholernie gorąco, a temperatura w cieniu sięga 37 stopni.
Ja zostaję przy motorach, a chłopaki idą sprawdzić, o co chodzi z tym naszym bikerem.
Po pewnym czasie wracają, prowadząc znajome Suzuki DR 650 i jego właściciela, którym okazał się być Anglik, Martin Clark. Martin jest w drodze do Indii, a w tę podróż wybrał się nową DR – ką. Od jakiegoś czasu miał problem z motorem, ale udało mu się dociągnąć do Osz.
Rozrusznik kręci, iskra jest, nie odpala jednak.
Sylwek sprawdza po kolei wszystkie elementy, aż w końcu demontuje gaźnik i zaczyna grzebać w jego wnętrznościach. 

Image
Image
Image

1 godzina, 2 godzina, ale to jeszcze nie koniec. 
Martin idzie poszukać apteki, ponieważ potrzebny jest szpryc (duża strzykawka) do dalszych prób, a ja w tym czasie idę z Bananem na miasto, posilić się co nieco. 
Kiedy wracamy, Martin jest już na miejscu z dużą strzykawką. Korzystając z pompki Banana do pobierania paliwa i strzykawki, chłopaki uruchamiają silnik. 

Image

Martin jest uszczęśliwiony, ale to stanowczo za wcześnie na radość, bo diagnoza Sylwka nie jest pomyślna. Według niego, dysze gaźnika są zaklejone, a my nie mamy środków i możliwości żeby je udrożnić. Można to zrobić, przy pomocy ultradźwięków, czy coś takiego. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest prawdopodobnie paliwo, albo raczej to, co w tym paliwie się znalazło. Na nos czuć było, że w tej benzynie najmniej jest …benzyny.
Martin wjechał do Kirgistanu z Uzbekistanu, a tam jak wiadomo tankuje się głównie z butelek.
Uzbekistan przed nami !!!
Ponieważ, praktycznie nic więcej nie możemy mu pomóc, przeprowadzamy Anglika do hotelu, który znajduje się 100 m dalej, na tej samej ulicy. Dalej będzie musiał radzić sobie sam i jestem ciekaw jak sobie poradził. Z jednej strony, każdy biker mający problemy na drodze jest moim bratem, ale z drugiej, to myślę, że szkoda tych czterech godzin i trzeba było zostawić go samemu sobie … za 39 i jeszcze za 45 rok.

Image

Żegnamy Martina i lecimy na przejście z Uzbekistanem, do którego mamy ok.5 km.

Image

Przed przejściem gromada ludzi, zajmujących się jakimiś interesami.
U gościa w Ładzie robimy wymianę i za 100 $ dostajemy 200 tys. sumów uzbeckich.

Image

Granica Kirgiska – dosyć szybko, kontrola dokumentów i tzw. opłata ekologiczna 10 $.
Kolej na przejście uzbeckie. Ruch niewielki; trzy motory, jeden bus i pięć Tir – ów.

Image
Image

Czekamy cierpliwie przed zamkniętą bramą … czekamy … w końcu wpuszczają nas i busa.
– udajemy się do urzędnika z lewej strony przejścia i tam robimy kopię paszportów i dowodów rejestracyjnych
– idziemy na prawą stronę do drugiego urzędnika, dostajemy deklaracje celne, które wypełniamy
– wracamy do pierwszego urzędnika, który stempluje wypełnione deklaracje
– wracamy do drugiego urzędnika, który również stempluje deklaracje, a nasze dane wpisuje do zwykłego zeszytu A4
– wracamy do pierwszego urzędnika, ten wypisuje jakieś dokumenty, my je podpisujemy, dostajemy kopie naszych deklaracji i to prawie wszystko.
Z papierami wracamy od naszych motorów, które teraz są sprawdzane przez celników.
Jest ok. możemy jechać.
Już na pierwszy rzut oka, widać że jesteśmy w innym kraju. Jakoś tak smutno się zrobiło, biednie, jakbyśmy cofnęli się o 40 lat. Dziwne domy, samochody wszystkie prawie takie same, czyny społeczne … pamięta to ktoś jeszcze ?

Image
Image
Image
Image

W pewnym momencie, widzimy przed sobą korek. Sznur stojących samochodów, droga zwężona do jednego pasa, ograniczona wysokimi betonowymi barierami. Powoli posuwamy się do przodu.

Image

Nie jest to przecież granica z Kazachstanem, bo dopiero wjechaliśmy do Uzbekistanu … co jest zatem ?
Okazało się, że jest to post policyjny. Kontrolują wszystkie pojazdy jadące w obu kierunkach, sprawdzają dokumenty, zaglądają do samochodów i bagażników. Od nas biorą paszporty, wpisują dane do zeszytów i jedziemy dalej. Przed Andjion, kolejny post. Policjant zabiera nasze dokumenty i idzie z nimi do budynku obok (posterunek). Sprowadzamy motory na bok i czekamy a z nami jakiś ciekawy chłopak.
Rozmawia z nami, pyta o różne rzeczy, wspomina coś o Putinie, my jednak nie podejmujemy tematu.
Po około 20 minutach podchodzi do nas kolejny młody chłopak i przynosi nasze dokumenty.
Udając wkur…nego, opier..lam go za to, że jacyś cywile dostają do rąk nasze paszporty.
Sytuacja wyjaśnia się, kiedy chłopak pokazuje nam swoją legitymacje policyjną. Ten który z nami rozmawiał, również był tajniakiem.
Ponieważ dzień ma się ku końcowi, zaczynamy rozglądać się za fajnym miejscem na biwak, a w tym rejonie Uzbekistanu nie jest to łatwe. Wszędzie jakieś wioski, pola, uprawy, kanały nawadniające.
Tuż za Andjion, wjeżdżamy pomiędzy wzgórza i rozbijamy się chyba na jakimś polu pomiędzy drzewkami.

Image

Dystans 230 km.
Temp. 34 stopnie

Reklama