Kobiety Mafii w Kulturze Dostępnej

0
222

Kultura Dostępna w tomaszowskim Kinie Helios i film Patryka Vegi „Kobiety Mafii”. Kto jeszcze nie miał okazji go obejrzeć to w najbliższy czwartek 30 sierpnia będzie mógł to zrobić o godz. 13.00 i 18.00 za jedyne 10 złociszy 🙂

KOBIETY MAFII

Można napisać i powiedzieć o Patryku Vedze naprawdę wiele złego, ale nie sposób odmówić reżyserowi niepodrabianego talentu do wynajdywania historii i opowieści, które budzą ciekawość (czasami entuzjazm, czasami irytację) wielomilionowej widowni. To rzadki dar.

Po „Botoksie” wydawało się jednak, że Vega powinien spokojnie przemyśleć kilka rzeczy, ale najszybszy filmowy twórca Polski nie marnuje czasu na przemyślenia. Jeden film w roku to dla niego za mało. Jeszcze nie ucichła wrzawa po poprzednim dziele, kiedy do kin trafiły „Kobiety mafii”. I znowu sukces, a przynajmniej sukces komercyjny.

Przy czym „Kobiety mafii” wydają się dla Vegi projektem o wiele bezpieczniejszym od „Botoksu” czy, powiedzmy, od „Ciacha”. W obu tytułach twórca „Pitbulla” próbował czegoś dla niego nowego i, jak się miało okazać, zupełnie mu obcego: obyczajowego medycznego protest songu, albo slapstickowej komedii. „Kobietami mafii” powraca natomiast na dobrze znane, wielokrotnie przezeń wydeptane historie z pogranicza gangsterki, mafijnych porachunków, skorumpowanej policji i nieszczególnie dobrze prowadzących się dziewcząt.

Całkiem zręcznie opowiadane „Kobiety…”, co po „Botoksie” jest niewątpliwym progresem reżysera, to ekstrakt wszystkiego, co podobało się u Vegi w „Pitbullach”, czy w „Służbach specjalnych”: dowcip zderzony jest z brutalnością, plus przerysowane, komiksowe aktorstwo, i wspaniały słuch Vegi na uliczny, knajacki dialog, specyficzną frazę półświatka.

Nie ma sensu doszukiwać się w nowym filmie Patryka Vegi rzetelnego obrazu żon i dziewczyn  mafiozów w Polsce, chociaż reżyser zarzeka się, że spenetrował to środowisko jak nikt inny, i niemal wszystkie wykorzystane w filmie dialogi są autentyczne. Cóż z tego, skoro brzmią nienaturalnie. Nie czynię z tego jednak zarzutu.

Nie o dokument przecież chodzi, tylko o rozpędzoną karuzelę ze sprawdzonymi atrakcjami, które kupili widzowie poprzednich filmów reżysera. Mamy więc gangsterskie porachunki, odrobinę obsceny, sporo komizmu sytuacyjnego i parę zrealizowanych w duchu reklamy telewizyjnej scen pościgów lub ulicznych karamboli. Fani kina Vegi powinni być ponownie usatysfakcjonowani, oponentów raczej do siebie nie przekona. Tylko czy Vedze na pewno zależy na oponentach? Robi swoje, ma wierną i liczną widownię. A za kilka miesięcy czeka nas kolejna kinowa premiera sygnowana jego nazwiskiem.

Łukasz Maciejewski

Reklama