Książę i Dybuk w Kulturze Dostępnej

0
126

W najbliższy czwartek w tomaszowskim kinie Helios w ramach Kultury Dostępnej w godzinach 13:00 i 18:00 odbędą się seanse filmu „Książę i Dybuk”.

Reklama

Ten znakomicie udokumentowany i zrealizowany film ogląda się z rosnącym niedowierzaniem.

Czy to wszystko prawda? Czy tak naprawdę mogło być? „Książę i dybuk” Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego, raz jeszcze potwierdza że w porzekadle – „życie jest ciekawsze od filmu”, kryje się wiele prawdy. Życie Michała Waszyńskiego na pewno takie właśnie było.

Twórcy „Księcia i dybuka” wykonali ogromną pracę, przewertowali wszystkie możliwe archiwa, dotarli do dokumentów, które – jak się wydawało – nie istniały. Z tej koronkowej, a niekiedy wręcz detektywistycznej pracy, powstał biograficzny film niepodobny do żadnego innego tytułu z tego gatunku. Reżyser i producent Michał Waszyński, który przez niemal całe życie taktycznie zacierał za sobą ślady, mieszał wątki, sam sobie zaprzeczał, wyłania się z tego filmu jako postać, owszem, pełna sprzeczności, wciąż bardzo tajemnicza, ale ów sfinks raz po raz puszcza do nas enigmatyczne oko.

Droga od brudnego żydowskiego sztetla gdzieś w Polsce po najelegantsze salony Europy, od rzutkiego i sprytnego biznesmena po przyjaciela Orsona Wellesa i odkrywcę talentu Sophii Loren, układa się w spójną opowieść o ambicjach, wielkim talencie, żądzy sukcesu, a w tym wszystkim także o przygnębiającej samotności. Wielkość jest chyba zawsze samotna – sugerują twórcy filmu, a na dowód tej tezy, zderzają ze sobą sprzeczne opinie na temat twórcy „Dybuka” wygłaszane przez jego przyjaciół i nieprzyjaciół. Obalają oni mity na temat mitycznego hrabiego (naprawdę nazywał się Mosze Waks), którego życie było jedną wielką kreacją. Niekiedy tak wielką, że nie sposób było się od niej uwolnić. Jedno kłamstwo pociągało za sobą kolejne, jeden mit uwiarygadniał następny, a fantasta Mosze wymyślający sobie życiorysy równoległe, z czasem sam w nie zapewne do pewnego stopnia uwierzył.

Znakomity, nagrodzony między innymi na festiwalu w Wenecji film Niewiery i Rosołowskiego pokazuje także, czym może być wyświechtana struktura kina biograficznego w rękach utalentowanych artystów. Nie jest reportażem, nie jest laurką czy hagiografią, ale artystycznym dziełem samym w sobie. Meandrycznym i zaskakującym.

Łukasz Maciejewski

Reklama