„Wieża. Jasny dzień” w Kulturze Dostępnej

0
76

Takie emocje pamięta się bardzo dobrze.

Reklama

„Wieżę. Jasny dzień” obejrzałem na kilka miesięcy przed pierwszym publicznym pokazem filmu na festiwalu w Gdyni we wrześniu 2017 roku. Nazwisko reżyserki niewiele mi wtedy mówiło, nie kojarzyłem większości występujących w tym filmie aktorów, ale już po pierwszym kwadransie przecierałem oczy ze zdumienia. Bo w polskim kinie wydarzył się cud na jaki czeka każdy dziennikarz, każdy kochający kino krytyk filmowy. Objawił się talent.

Pomyślałem wtedy, że film, owszem, jest znakomity, ale młodej reżyserce będzie bardzo ciężko, ponieważ nie tylko proponuje własny, niezależny świat filmowy, ale jest to również świat radykalny, ostro zarysowany, wiele wymagający od widza. Podejrzewałem z troską, że trudno będzie debiutantce przekonać do tego świata nie tylko krytyków, dziennikarzy, festiwalowych kuratorów, ale przede wszystkim widzów.

Jak cudownie się było pomylić. Nie miałem racji. Na wspomnianym festiwalu w Gdyni, „Wieża. Jasny dzień” była jednym z głównych wydarzeń festiwalu, a komplementy krytyki komponowały się z entuzjazmem obserwatorów imprezy. Od tamtej pory zaczęły się liczne zaproszenia na kolejne imprezy filmowe, nagrody, stosunkowo szeroka dystrybucja w kinach.

„Wieża. Jasny dzień” jest zatem optymistycznym przykładem na to, że w polskim kinie warto podążać własnymi ścieżkami, nie oglądając się za siebie, warto wierzyć w siebie i być konsekwentnym. Szelc jest przy tym przykładem na to, że radykalizm się opłaca. I w polskiej przestrzeni filmowej istnieje miejsce dla każdego „freaka”, również dla artystów tak niekonwencjonalnych jak Jagoda Szelc.

Młoda reżyserka, absolwentka Szkoły Filmowej w Łodzi, idzie szlakiem wytyczonym przez najważniejszych innowatorów języka filmowego w polskim kinie: Grzegorza Królikiewicza, Mariusza Grzegorzka czy Andrzeja Żuławskiego. Nie jest jednak w żadnym stopniu kopistką ich stylu, ma własny. Dla Szelc ważny jest rytuał, osadzenie historii filmowej nie w kontekście anegdoty, lecz nastroju.

To ów nastrój buduje narrację, w której zderzają się ze sobą polskie zwyczaje (ceremoniał komunii świętej), portret rodziny, wreszcie powiązanie duchowości z naturą. Henry David Thoreau, autor „Waldena”, pisał: „Zamieszkałem w lesie, ponieważ chciałem żyć świadomie. Chciałem czerpać ze źródeł życia samą jego istotę. Odrzucić wszystko, co nie było nim, by w godzinę śmierci nie odkryć, że nie żyłem”. W „Jasnym dniu” las i natura stają się metaforą dostępu do nadświadomości. Dotknięciem istoty rzeczy, którą można poczuć, ale nie sposób zrozumieć.

Łukasz Maciejewski

 

Reklama