„Żeby nie było śladów” w Kulturze Dostępnej

0
431
Reklama

W przypadku tytułów prezentowanych widzom w ramach projektu Kultura Dostępna sprawa jest niezwykle prosta – wystarczy zarezerwować sobie w kalendarzu czwartek z myślą o najlepszych polskich produkcjach i wizycie w kinie Helios. Wszystkie obrazy bez wątpienia warte są wielkiego ekranu! Zatem czas otworzyć kalendarz i obok dat zapisać ważne hasła – tytuły poszczególnych propozycji.

„Żeby nie było śladów”

Polska, 1983 roku. W kraju wciąż obowiązuje, mimo zawieszenia, wprowadzony przez komunistyczne władze stan wojenny, mający na celu zduszenie solidarnościowej opozycji. 12 maja Grzegorz Przemyk, syn opozycyjnej poetki Barbary Sadowskiej, zostaje zatrzymany i ciężko pobity przez patrol milicyjny. Przemyk umiera po dwóch dniach agonii. Jedynym świadkiem śmiertelnego pobicia jest jeden z kolegów Grzegorza, Jurek Popiel, który decyduje się walczyć o sprawiedliwość i złożyć obciążające milicjantów zeznania. Początkowo aparat państwowy, w tym Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, bagatelizuje sprawę. Jednak gdy ponad 20 tysięcy ludzi przemaszeruje przez ulice Warszawy za trumną Przemyka, władza decyduje się użyć wszelkich narzędzi przeciwko świadkowi i matce zmarłego, aby ich skompromitować i zapobiec złożeniu przez Jurka zeznań w sądzie. Rozpoczyna się, nadzorowana osobiście przez Ministra Spraw Wewnętrznych, generała Czesława Kiszczaka, operacja „Junior”, której głównym celem jest powstrzymanie Jurka przed ujawnieniem prawdy oraz zrzucenie winy na sanitariuszy, którzy wieźli Przemyka po pobiciu na pogotowie. Armia esbeków zaczyna śledzić Jurka i jego rodziców, inwigilując ich życie prywatne 24 godziny na dobę, zaś media i prokuratura są kierowane i naciskane przez władzę, aby do opinii publicznej trafiały tylko „właściwe” komunikaty.

YouTube player

Najbliższe seanse 18. edycji projektu Kultura Dostępna:

16 grudnia             „Żeby nie było śladów”

23 grudnia             „Republika dzieci”

30 grudnia             „Najmro. Kocha, kradnie, szanuje”

Seanse w ramach Kultury Dostępnej wyświetlane są w każdy czwartek o godz. 13:00 oraz 18:00. Projekt jest częścią programu realizowanego przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa

ŻEBY NIE BYŁO ŚLADÓW

REŻ. JAN P. MATUSZYŃSKI

Usiłuję sobie przypomnieć, co wiedziałem na temat tak zwanej sprawy Grzegorza Przemyka przed przeczytaniem głośnego reportażu Cezarego Łazarewicza. Wstyd wyznać, ale niewiele. Przemyk to była oczywiście postać będąca ważnym punktem odniesienia dla zbrodniczej działalności PRL, ale postać już raczej zamazana, niewyraźna, odległa. Wiele lat temu, na jednym ze spotkań autorskich, wiersze Barbary Sadowskiej czytała przejmująco Maja Komorowska. Pamiętam również krótką rozmowę z panią Mają i poczucie, że powinienem jak najszybciej pogłębić temat, dowiedzieć się  o Przemyku i o jego mamie. Nie zdążyłem. Grzech zaniechania. Szczęśliwie zrobili to za mnie inni artyści. Najpierw wspomniany Cezary Łazarewicz, teraz Jan P. Matuszyński, który filmem „Żeby nie było śladów” udowadnia, że jest dzisiaj jednym z najważniejszych twórców swojego pokolenia, decydującym o aktualnym kształcie polskiego kina.

„Żeby nie było śladów” to film wysokobudżetowy, staranny, bogaty w znaczenia. Scenograficzna dbałość o detale, osobowości aktorskie nawet w najmniejszych epizodach, to wszystko pracuje na ostateczny kształt. Rekonstrukcja reportażu Łazarewicza, ale także rekonstrukcja świata przedstawionego – jesteśmy zanurzeni głęboko w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. To są wnętrza, kostiumy, przedmioty, które pamiętam z autopsji, więc jako świadek mogę zaświadczyć o ich wiarygodności. Najważniejsza jest jednak sama opowieść, rzecz o popękanej historii, o zakłamaniu siebie i zakłamywaniu prawdy. O kłamstwie. Te mechanizmy są odwieczne, dotyczą nie tylko Polski oczywiście. A w tle antyczne i biblijne odniesienia: Księga Hioba bez końca.

Przy czym dramat Matuszyńskiego jest równolegle mocnym kinem obyczajowym z wyraziście zarysowanym tłem historycznym. W gwiazdorskiej obsadzie wyróżnia się Tomasz Ziętek w roli Jurka Popiela, jednak dla mnie największym objawieniem filmu jest Sandra Korzeniak jako Barbara Sadowska. Jestem fanem aktorstwa Sandry, odkąd zobaczyłem ją w dwóch przedstawieniach dyplomowych: „Kto się boi Virginii Woolf” w reżyserii Jana Peszka oraz w „Letnikach” Gorkiego pod opieką reżyserską Krystiana Lupy. Już wtedy była olśniewająca, inna, odrębna. Zachowała tę unikatową pozycję w teatrze. Rola w „Żeby nie było śladów” jest pierwszym filmowym spełnieniem Sandry Korzeniak. Chwała reżyserowi Janowi P. Matuszyńskiemu oraz reżyserowi obsady, Piotrowi Bartuszkowi za powierzenie właśnie Sandrze Korzeniak tak trudnej, wiodącej roli. Jako Sadowska daje bohaterce więcej niż można było podejrzewać. Rozterka w połączeniu autyzmem, słabość zestawiona z siłą. Sadowska w wykonaniu Korzeniak staje się przejmującą bohaterką naszych czasów. Ani ze śpiżu, ani ze stali. Jest rozedrgana, niepewna, błądząca, zadająca rany – największe jednak sobie. Wielkość takich postaci, ich unikatowość, wynika właśnie z paroksyzmów małości, z kompleksów.

Boję się monolitów, nie wierzę im, ale Sadowskiej uwierzyłem, Sandrze uwierzyłem. Poniosła największą stratę. W wierszu „Totem” pisała: „Odwyknę kiedyś aż do końca / od siebie ciebie ich / porozrzucana z dnia na dzień (…) A iść / to po drodze i nagroda jest / któraś rozpięta boleść”. Ból. Znała to uczucie. Ból rozpaczy, ból euforii. I ból istnienia,.

Łukasz Maciejewski

Reklama